Skip links

It’s a kind of magic!

Chcesz wiedzieć, jak wygląda praca nad pisaniem książki we dwoje? Dla mnie to jest istna magia. It’s a kind of magic, magic, m-a-g-i-c! To słowo i ta piosenka najlepiej oddają stan zachwytu procesem, którego doświadczam, pracując z moją pierwszą klientką, odważną kobietą gotową jako pierwsza wyjść z szaf i szuflad, by skorzystać z nowej szalonej oferty. Nie chcę się przechwalać, ale ja po prostu w tym działaniu samego siebie zaskakuję! Lub po prostu moje wyższe Ja zaskakuje to niższe.

Bo wygląda to tak: wczoraj odbywam dwugodzinną sesję na Zoom z Autorką mieszkającą w Londynie. Słucham, z pełną uważnością, jej opowieści o darze przeprowadzania dusz lub zwyczajniej o towarzyszeniu umierającym w tych jakże ważnych chwilach. Bardzo mi się to podoba to, co mówi i czuję, że opowieści mają taką moc, że trzeba je pokazać światu. 

Oczywiście nagrywam spotkanie na Zoomie. I myślę sobie, tak zupełnie po ziemsku, że teraz trzeba to wszystko odsłuchiwać i spisywać wybierając te łakome kąski, jak za czasów, gdy pisałem swoją magisterkę i niedokończony doktorat. To jest ten etap pracy, który mnie mniej kręci. Dlatego mam jasność, że ja jestem od wyższego rzędu zadań i chce taką mrówczą pracę, jaką bywa transkrypcja i pierwszy przesiew, powierzyć komuś, kto to się ucieszy na tego rodzaj pracy. A ja widziałem siebie jako majstrującego przy już spisanym tekście, który, jak dla artysty rzeźbiarza, będzie gliną.

Ale tak proces twórczy wyobrażała sobie moja ziemska część. A co robiła w tym czasie moja kosmiczna część? Pewnie pracowała nad tematem. Bo ja zwyczajnie zostawiłem sprawę książki na jedną dobę. W tym czasie bawiłem się z dziećmi i całą rodziną, zabraliśmy przyjaciółkę i jej córkę na 32 piętro Olivia Star Tower. Podziwialiśmy panoramę Gdańska, Sopotu, a nawet trochę Gdyni będąc ponad tą rzeczywistością z jej smutkami, troskami i sposobami na udane życia. Widzieliśmy morze, statki, lasy, ludzi gdzieś idących i spieszących i małe samochodziki pełne małych i dużych spraw jadące tu i tam. Po spotkaniu ruszyliśmy do Łodzi. Dziś budzę się o świcie w swoim pierwotnym rodzinnym domu i od razu siadam do komputera i spisuję opowieści Autorki, nawet nie sięgając po pomoc w postaci nagrania. Bo ja widzę już tytuł książki i mam 5 gotowych mini-rozdziałów, każdy na pół strony lub góra całą. Bo ta książka ma być lekka. Nie musi być wcale długa. 

I tak o 8 rano po paru godzinach bardzo przyjemnej pracy wysyłam mojej Autorce pierwszą wizualizację jej książki. Od zakończenia naszego spotkania na Zoom minęło 20 godzin. Autorka ma namacalny efekt. Może zobaczyć swoje dzieło. To jest ta kosmiczna część mnie w działaniu, w swojej najlepszej na ten moment wersji.

I najlepsze jest to, że jestem gotowy na wszystko. Że mnie ochrzani, że to nie tak, że popłynąłem, że to nie jej słowami, że pies na przystanku miał chory ogon, a nie łapę, a ta opowieść jest z Manchesteru, a nie Londynu. Ale ja wierzę w moją Autorkę. I wiem, że to naprawdę mądra kobieta i dojrzała dusza. I że wie, że wszystkie szczegóły będzie mogła zmienić. I wie, że ja, uchylając rąbka tajemnicy, o czym jest ta książka, robię to, bo chcę, by świat dostał wreszcie jej przekaz, możliwe jak najszybciej. Bo sam już nie mogę się doczekać tej książki i naszego kolejnego spotkania. Już widzę delikatny uśmiech na jej twarzy.

Leave a comment